• Wpisów: 427
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 269 dni temu, 11:33
  • Licznik odwiedzin: 66 135 / 744 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
loisandpeter
 
Lois zwykła w swojej pracy, jako że zasuwa w administracji, otrzymywać bony. Bon w wypadku miejsca, gdzie pracuje moja szanowna małżonka to taka skromna nagroda pocieszenia dla ludzi, którzy mając bardzo wysokie kwalifikacje i umiejętności, zdecydowali się „pro publico bono” tyrać za wynagrodzenie żenująco niskie w stosunku do wymagań. Bon to także ceny punkt naszego domowego budżetu, jako że oboje nie zbijamy raczej kokosów, ale to taka osobista dygresja.

Niestety, w tym roku bonów nie będzie. Przywilej ten, jeden z nielicznych które decydują o tym, że posada na państwowym może (z kiepskim rezultatem) w jakikolwiek sposób konkurować z posadą w przedsiębiorstwie prywatnym, został skasowany przez Słońce Peru. A cała sprawa zaczęła się od artykułu w Fakcie, który podniósł, swoim zwyczajem, larum.

Nie widziałem wprawdzie rzeczonego artykułu (jako że Faktu do rąk, w obawie przed grzybicą, nie biorę), ale jestem w stanie sobie wyobrazić, jak mniej więcej wyglądał. Oczywiście duża czcionka, zajmująca większą część strony i zdjęcie, zostawiające na sam tekst ledwie parę szpalt. Tytuł głosił zapewne, oskarżycielskim tonem, coś w stylu „Obijają się za nasze pieniądze”. Albo „Biurwy dostają bony na święta”. Albo „Nic nie robią, ale pieniążki kasują”. Do tego parę krzykliwych haseł w typowo faktowej retoryce żądzy mordu i gotowe.

Stali czytelnicy „Faktu” to na ogół półanalfabeci i imbecyle. Niestety także półanalfabeci i imbecyle mają swoje uczucia. Do szerokiego wachlarza emocji typowego czytelnika „Faktu” należą głównie takie zjawiska jak zawiść, niezadowolenie, frustracja i ogólne wkurwienie na każdego, komu jest trochę lepiej (wyobrażam sobie, że mieszkańcy bloku w „Dniu Świra” Koterskiego, odmawiający wzruszającą wieczorną modlitwę, byli bez wyjątku czytelnikami tego chujstwa). Nic zatem dziwnego, że tłuszcza została silnie podrażniona wizją pracowników biurowych, którzy nie dość, że woleli się w życiu uczyć niż tłuc kamienie, to jeszcze teraz dostają jakieś „bony”. Niedoczekanie!

Jak wiedzą co światlejsi czytelnicy „Faktu”, Bona to była taka kurwa z Włoch, którą przygruchał sobie jeden król. Chodziła, nic jej się nie podobało i nie chciała wpierdalać bigosu z kaszanką. Od tego czasu każdy czytelnik „Faktu” wie, że bony są passe, proletariat mają w dupie i omijają go szerokim łukiem, za to lubią się z yntelygencją, co butem i batem dusi pana Heńka i kolegów, wskutek czego nieszczęśnik zamiast trzech Wojaków Supermocnych na kolację może wypić tylko dwa.

To społeczne święte wzburzenie odbiło się jakimś echem na salonach; choć właściwie to nie tyle było echo, co lekki rezonans po pierdnięciu. I pewnie wszystko byłoby w porządku, gdyby nie okazało się, że Słońce Peru bony dla administracji odstrzeliło, gdyż albo lubi się, jako Dobry Wujek Donald, pochylać nad smutkiem głupszej części społeczeństwa, albo prezentuje podobną mentalność.

Jest to jakaś realizacja zasad „sprawiedliwości społecznej” – przedtem urzędnik dostawał coś fajnego, a pan Heniek był notorycznie wkurwiony. Teraz urzędnik już fajnego nie dostaje, a panu Heńkowi zrobiło się lżej na duszy, co nie zmienia faktu, że wkurwiony jest nadal, bo jeśli nie chciwa biurwa, to dręczy go sąsiad, który ma ładną żonę. Wiadomo. Ona to kurwa, a on pewnie na nią kradnie.
  • awatar Anukett: Hej! A ja bony dostałam,chyba ktoś tam u Twojej zony za bardzo się przejął,przykro mi
  • awatar gość: Wszystko OK i w samo sedno, oprócz niepotrzebnego wtrętu o proletariacie i inteligencji, bo to dalekie od prawdy (nie wierzę w jakąkolwiek refleksję społeczną, choćby nawet na tak niskim poziomie u fucktowego czytelnictwa), a i nieprzyjemnie woni klasizmem. Co do Faktu, polecenia warty jest ten blog: http://fakt.brukowiec-story.com/
  • awatar Lois and Peter: @gość: Ależ taki podział jak najbardziej istnieje - właśnie w samym "Fakcie", jak i w każdym tabloidzie. "Klasizm" znajduje się u podstaw tabloidów, gdyż targetowanie tego rodzaju mediów opiera się na założeniu o podziałach społeczeństwa; później linie tego podziału można zaobserwować w treści artykułów, w ich wymowie. "Fakt" jest skierowany do osób, które mają taki dychotomiczny obraz świata, w którym my - biedni, ciężko tyrający zapieprzamy na NICH, zdemoralizowaną, zepsutą elitę, na jajogłowych, na wykształciuchów, co mają białe, miękkie rączki i w życiu nie skalali się PRAWDZIWĄ pracą. Co więcej - utrwalanie w świadomości czytelników takiego podziału leży jak najbardziej w interesie wydawców tego gówna, bo pozwala im egzystować na rynku. Jeśli ktoś by mnie zapytał, jaki jest najlepszy dowód na to, że Polacy jeszcze nie wyleczyli się z zarazy marksizmu po latach komuny, wskazałbym właśnie na błyskawiczny suksces "Faktu" i "SE".
Pokaż wszystkie (3) ›
 

loisandpeter
 
No i stało się - po długich bojach dołączyliśmy do wesołej rzeszy ludzi z (prawie) własnym EM i trzydziestoletnim garbem kredytu. Oczywiście zamierzamy się garba pozbyć możliwie szybko - nie chcę swojej pięknej małżonki szpecić ową przypadłością, jak i sam również nie jestem entuzjastą noszenia jakiegokolwiek ciężaru dłużej niż jest to absolutnie konieczne.

Lois zasłyszała gdzieś opinię, że stres przy załatwianiu spraw związanych z kredytem jest porównywalny ze stresem przy rozwodzie. Jeśli tak jest rzeczywiście, to Kościół Katolicki powinien założyć własne biuro doradztwa kredytowego - być może trwałość małżeństw na świecie gwałtownie by wzrosła.

Wprawdzie nie osiwiałem i mój kudłaty łeb dalej jest taki czarny jak był, ale i tak nie mam wątpliwości, że ostatnie miesiące odejmą w przyszłości ZUS-owi wiele wydatków.
  • awatar panmuchomor: Cieszę się, że udało Wam się załatwić tę sprawę. Nurtuje mnie pytanie - kto będzie odpowiedzialny za wystrój wnętrza ? :)
  • awatar Lois and Peter: Zaczęliśmy już starania nad wypracowaniem pewnego kompromisu;)
Pokaż wszystkie (2) ›
 

loisandpeter
 
Kurwa mać, nigdy więcej takich dni jak ten.

Wszystko zamiast grać - ciągle się komplikuje, zupełnie bezsensownie i bezprzyczynowo. Zamiast iść gładko - idzie jak po grudzie. Zresztą, w takie dni gładko płynie tylko sraczka.

Komputery się psują, tramwaje uciekają, tłumy obezwładniają, deszcz przemacza, cenne rzeczy spadają na ziemię, banki robią pod górę, nieudolni ludzie opóźniają pewne sprawy, a i rodzina trosk nie ujmuje z jebanego garba. Wszystko, co mogło dziś pójść nie tak, poszło nie tak. Nic tylko wziąć dubeltówkę i pierdolnąć sobie w łeb, albo chociaż się zalać w trupa.

Prawa Murphy'ego w działaniu i to hurtem, kurwa ich mać.

Tym soczystym zamknięciem klamry pozwolę sobie zakończyć.
  • awatar Ivi: Myślę, że poniedziałki mają to do siebie, że lubią wszystko spieprzyć.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

loisandpeter
 
Na K.O Festival w Krakowie coverem Astronomy Domine Voivod zakończył swój występ i było to zakończenie godne mistrzów. Dla przypomnienia - lekcja nt. tego, jak się nagrywa cudze kawałki:



Cover King Crimson na "Phobos" też zresztą zrobili rewelacyjnie:

 

loisandpeter
 
Zasłyszane:

Jak w pięć sekund zasiać nienawiść pomiędzy dwoma przyjaciółkami?

Wybrać na oko tę starszą i powiedzieć do niej (w obecności drugiej) "ale piękną ma pani córkę".

Jak myślicie, podziała?
  • awatar pe_jak_pani_p: zależy od ich wieku. Jeśli są koło czterdziestki, może zadziałać- ale raczej wkurzą się na Ciebie, niż na siebie nawzajem.
  • awatar Anukett: @pe_jak_pani_p: No raczej tak by właśnie było, więc nie radzę eksperymentów;)lepiej powiedzieć że jedna interesuje się facetem tej drugiej, tu efekt murowany:)))
Pokaż wszystkie (2) ›
 

loisandpeter
 
Jeżeli kiedyś przestanę słuchać metalu, to właśnie przez takie incydenty:

muzyka.interia.pl/(…)norwescy-metalowcy-na-eurowizj…

Rozumiem, że Norwegia to kraj specyficzny i tam nawet puszczenie z dymem kościoła tudzież zadźganie kogoś nożem nie dyskwalifikuje w wyścigu o popularność. Rozumiem, że najbardziej znani metalowcy rzeczywiście pojawiają się w mediach dzięki popularności swoich piosenek, a nie dzięki rozdmuchanym relacjom z innymi celebrytami, ale bez kurde przesady.

Pomysł, żeby pchać się z metalem na Eurowizję jest tak głupi i żalowy, że brakuje słów. Nie żebym był jakimś ortodoksem, który maluje sobie corpsepaint na ryju przy słuchaniu co mroczniejszych piosenek, śpi w trumnie, pije krew w blasku świec zrobionych z kociego tłuszczu i pisze odręcznie tylko gotykiem lub runami, ale mimo wszystko, czuję jakiś niesmak. Keep of Kalessin to oczywiście nie jest Mayhem czy jakaś ideologiczna ekstrema, ale taki chłoptasiowaty band z wyfotoszopowanymi sesjami zdjęciowymi do magazynów młodzieżowych, klipami za dużą kasę i plastikowym brzmieniem, tylko że nawet mimo powyższego podpiswanie swojego grania jako "black" do czegoś zobowiązuje i zaraz postaram się wyjaśnić, dlaczego.

W metalu zawsze było jakieś takie dziwne pęknięcie - z jednej strony tona pretensji do przypisywania sobie dziedzictwa muzyki klasycznej (serio, są tacy dziwni ludzie), koturnowość i ukryta gdzieś chęć do napierdalania rzewnych ballad przy blasku zapalniczek tysięcy fanów, a z drugiej - wiadomo. Obskurność, nienawiść, nihilizm, las, piwnica i generalnie zuo. Póki połówki tego pęknięcia jakoś koegzystowały obok siebie bez wchodzenia sobie w drogę, dało się jakoś przeżyć - każdy miał dla siebie coś wedle swoich potrzeb. Aspektem, który jakoś ratował tę muzykę, tzn. ratował jej wiarygodność jako środka wyrazu czegoś autentycznego, było programowe postawienie się ogółowi.

Niezależnie od tego, czy to postawienie się "powyżej" było motywowane śmieszną pretensją do wagnerowskiego tronu, nienawiścią do świata, religii, metal był domeną szczerej ekspresji. Być może jej efektami były śmieszne wykwity słowno - muzycznej grafomanii albo niesłuchalny jazgot tanich gitar na fuzzach zrobionych z radia Unitra, ale przynajmniej wiązało się to z czymś pierwotnie autentycznym.

Nie wiem, czym kierowali się członkowie Keep Of Kalessin - być może jakąś dziwną logiką, wedle której miejsce mrocznej muzyki jest w samym jądrze ciemności, choć należy brać tutaj poprawkę na fakt, że ta ciemność tyczy się raczej bezdenych otchłani żenady, o której co roku piszą różni światli ludzie w kontekście coraz bardziej kuriozalnych wytworów pseudomuzycznych i przewidywalnych głosowań - plebiscytowych manifestacji wzajemnego włażenia sobie w dupę przez bratnie narody.

Metal może być intelektualnie miałki, może być pretensjonalny i prymitywny, może też być niezamierzenie śmieszny, ale nie może być kolejną szufladką z której wyskakuje ładnie przystrojona małpka machająca widzowi łapką i ogonem, aby ten mógł wysłać sms w programie TV w którym wszystko jest tak piękne i wspaniałe, że zbiera się na rzyganie. Nie może być, bo wówczas stanie się po prostu kiepską muzyką i niczym więcej.

Być może w desperackim akcie KoK jest jakaś przewrotność; taka sama, jaką wymawia się od swoich celebryckich wybryków pan Darski - żeby robić rewolucję na salonach; żeby siać, siać i siać, ale specjalnie w to nie wierzę.

Zresztą, co tam moje próżne pierdolenie. Opisałem się jak głupi, ciskając gromy nie wiadomo po co, bo kto z w miarę zdrowym rozsądkiem przejmowałby się newsem o metalowcach, których nazwa kojarzy się z kalesonami? No przecież zdrowia szkoda, o ja głupi.
  • awatar panmuchomor: A jak się tłumaczy nazwę tego zespołu? "Ściągaj Kalesony"?
  • awatar Lois and Peter: To by bardzo pasowało do konwencji Eurowizji;] W ogóle, to ta nazwa została jakoś zaczerpnięta z cyklu o Ziemiomorzu Le Guin i to jest kolejny gwódź do trumny tego boysbandu, bo co to za black metalowy zespół, który nie bierze nazwy z Tolkiena, he?
Pokaż wszystkie (2) ›
 

loisandpeter
 
Czym zajmują się lekko znudzeni pracownicy biurowi słuchający metalu i lubiący horrory?

Bawią się programami graficznymi.
 

loisandpeter
 
Kiedy budzik serwał nas dziś rano, ciężko było mi uwierzyć, podobnie jak i mojej małżonce, że słowo "rano" jest adekwatne do sytuacji, w której się znaleźliśmy, wyrwani z ciepłych objęć kołder i poduszek.

Księżyc nadal bił po oczach, wokół było ciemno i choć już niebo zdążyło złapać lekko granatowy odcień, to gdyby nie zegarek, nikt by mi nie wmówił, że to nie środek nocy.

To są w istocie straszne poranki, których lepiej nie doświadczać. Mają w sobie coś z przedłużenia koszmarnego snu, który być może się nie śnił, ale który z całą pewnością zaczyna się już w momencie postawienia nóg na podłodze. Wygląda się przez okno i jedyne, co można zobaczyć, to otoczona obwódką tarcza księżyca, sterylnie puste niebo, kanciaste kształty bloków, które rozciągają się w nieskończoność na kolejnych planach i strzępiaste fraktale drzew, wyrastające ze zmrożonego, na wpół wyłysiałego trawnika. Do tego parę drucianych ogrodzeń i parkingi, na których spoczywają bryły pojazdów - równie absurdalnie topornych jak cała reszta otoczenia.

Ta toporność sprawia, że w takie poranki świat ma w sobie coś z lokacji w jakiejś starej grze komputerowej - wydaje się, że gdyby osobiście wnikąć w tę kanciastość i zimne tekstury, gdyby wejść pomiędzy te dekoracje, stanełoby się naprzeciw jakiejś dziwnej, wielkiej pustki, która zaczyna się w miejscach ukrytych za załomami budynków, na końcu gwałtownie skręcających korytarzy, za ścianami - czyli wszędzie tam, gdzie dekoracje nie są potrzebne. Oklepany Matrix to przy tym sielanka.
  • awatar Anukett: Codziennie mam to samo wrażenie:(dzis przedpokój zalany był białym swiatłem księżyca na dodatek, horror po prostu
  • awatar pijana sasanka: doskonale powiedziane :)
  • awatar Jasna Pani Na Bani: Poranki powinny się zdarzać tylko latem...
Pokaż wszystkie (4) ›
 

loisandpeter
 
The Great Deceiver nigdy nawet nie zaliczał się do top 30 moich ulubionych bandów, a z ich płyt słuchałem częściej chyba tylko "Terra Incognito". To taki zespół, który równie dobrze mógłby nie istnieć - jest 627465 bandów, które robią to samo i jedyne, czym się TGD wyróżnia, to udział "Tompy" Lindberga w roli wokalisty. Ja tam fanem At The Gates nie jestem, więc się na udział rudego nie obsrywam z radości, ale niektórym zrobi się pewnie cieplej na serduchu.

Pomimo tej doskonałej przeciętności, czasami, zapewne jakimś przypadkiem, The Great Deceiver wpadnie mi na playlistę i wówczas myślę sobie, że może to i nic wielkiego, ale całkiem fajnie się słucha, bo i mocne, i w ucho nawet wpada.



Klip do "Lake Of Sulphur" pochodzi właśnie ze starej "Terra Incognito". Teledysk jest w sumie biedny - ot, jakiś gość biegnie po pustyni, zespół gra przy trzęsącej się kamerze, a Tompa robi groźne miny. Byłoby słabo, ale od czego mamy inne okienka w przeglądarce, gdzie możemy oglądać ładniejsze rzeczy, sluchając dzisiejszego hitu?